Szukaj

Polak, którego najbliżsi zginęli w Grecji ujawnił kulisy tej tragedii. „Widziałem, jak odpływają. Byłem szczęśliwy, że się uratują"

25-07-2018 16:55
Pożar w Grecji Fot. TVP Parlament / Twitter.com / screen Twitter
Podziel się

Polski turysta, którego najbliżsi zginęli w wyniku pożarów w Grecji, ujawnił na antenie TVP Info nieznane szczegóły tej tragedii. Jak podkreślił, ma duży żal do służb oraz pracowników hotelu o to, że nie byli w stanie sprostać tej sytuacji.

Mężczyzna, który w Grecji przebywał wraz z rodziną na urlopie, stanowczo zaznaczył, że zarówno służby ratunkowe, jak i pracownicy hotelu nie sprostali swoim obowiązkom:

Nie poinformowano nas o zagrożeniu pożarem. Wyszedłem z hotelu, patrzę, a już w powietrzu unoszą się płonące strzępy. Spytałem na recepcji, co się dzieje, a pracownik powiedział: „Nic, nic, nic”. Mówię, że się pali. Cały hotel zaczął się palić. Kazano nam uciekać w ostatniej chwili (...). Nie było zorganizowanej ewakuacji. Wszyscy uciekali w popłochu. Pomocy żadnej nie było. Pomoc dopiero przyszła po trzech godzinach, już po pożarze, jak się uspokoiło.

Koniecznie przeczytaj: Polscy sportowcy nie zapomnieli o Święcie Niepodległości. Zobacz, jak je upamiętnili [ZDJĘCIA]

Czytaj też: Grecja: Imigranci podpalili ośrodek dla uchodźców. Był to akt zemsty za niekorzystną dla nich decyzję miejscowych urzędników

Polak przyznał również, że w tej trudnej sytuacji zasugerował swojej żonie i dziecku, żeby odpłynęli od brzegu wraz z innymi turystami. Niestety, jak się póżniej okazało, łódź, na której płynęli, zatonęła:

Żona z dzieckiem wsiadła do łodzi, ja nie zmieściłem się. Widziałem, jak odpływają. Byłem szczęśliwy, że się uratują.

Rzecznik Biura Podróży Grecos, Adam Górczewski, który odniósł się do tej sprawy wyjaśnił, że w zagrożonym rejonie działał zespół rezydentów, jednak hotelu, gdzie przebywali Polacy, sytuacja była wyjątkowo trudna.

To był jedyny hotel, gdzie ogień podszedł pod sam budynek. Kiedy sytuacja uległa pogorszeniu i trzeba było ewakuować ludzi, pojawiła się policja morska i łodziami transportowano ludzi do sąsiedniej miejscowości Rafina, gdzie trafiali do autokarów. Między innymi tam też byli nasi rezydenci, którzy przez cały czas byli w kontakcie z klientami z zagrożonych rejonów.

Warto przeczytać: Europejski kraj przyznaje, że nie jest w stanie chronić własnych granic. Stamtąd należy spodziewać się fali uchodźców

Podziel się