Szukaj

Prof. Mirosław Dakowski o katastrofie smoleńskiej: „To wszystko zostało sfingowane” [wideo]

19-02-2019 18:30 (aktualizacja: 20-02-2019 15:46)
Mirosław Dakowski Fot. Media Narodowe / YouTube.com / screen YouTube
Podziel się

Znany polski fizyk prof. Mirosław Dakowski zajmujący się badaniem przyczyn katastrofy smoleńskiej w rozmowie Mediami Narodowymi opowiedział o wynikach analiz prowadzonych przez niego oraz jego współpracowników. Jak stwierdził, wiele wskazuje na to, że 10 kwietnia 2010 roku doszło do ściśle zaplanowanej operacji.

W trakcie programu naukowiec stwierdził, że analiza szczątków znajdujących się obok lotniska w Smoleńsku wykazała zaskakujące nieprawidłowości:

Przez te ostatnie lata zebraliśmy tysiące danych mówiących o tym, że na to złomowisko, które jest obok lotniska w Smoleńsku, zostały spuszczone z góry różne elementy, które później grały rolę rekwizytów zastępujących szczątki Tu- 154M. (…) Jest taki analityk Yurko, który wykazał, że są dwie burty na których jest część napisu „Republic of Poland”. Jedna przywieziona nie wiadomo skąd na boczny Siewiernyj i oznaczona (przez ruskich), a drugiej nie ma na bocznym Siewiernym, ale była za to na polance oznaczona nr 71. (...) Czy zatem możliwe, że Tu 154M miał dwie prawe burty? 

Koniecznie przeczytaj: Dlaczego Polska ciągle jest oskarżana o udział w Holokauście? Wyjaśnia prof. Wolniewicz [wideo]

Czytaj też: Bardzo ostre starcie prof. Andrzeja Zybertowicz z Moniką Olejnik. „Techniczny nokaut” [wideo]

Jak dodał, obecnie nie ma możliwości zbadania rzeczywistego wraku:

Teraz już nie można mówić, co jest oryginałem. Po tylu latach nie ma my oryginału i to nie tylko w Polsce, ale również w Rosji. Przez tyle lat można podrobić wszystko. Jeżeli mówimy o częściach znajdujących się w Polsce. (…) W lipcu, sierpniu 2010 roku wraz przedstawicielami „Gazety Polskiej” byłem w miejscu, gdzie pokazano nam kupę złomu. Powiedziałem wtedy: „Panowie to trzeba sprawdzić, czy ten złom jest z tego samolotu, czy ten złom powstał na skutek załamania się czy też wybuchu”. Dano wówczas odpór takim badaniom.

W dalszej części wywiadu podkreślił, że namawiał swoich kolegów pracujących nad wyjaśnieniem przyczyn tej katastrofy, by poszerzyli zakres swoich badań:

Mówiłem im: Panowie zajmijcie się na przykład tym, kto przywiózł te 95 osób na lotnisko, kiedy ich przywieziono, ustalcie w jaki sposób można równocześnie dziewięćdziesiąt parę osób przywieźć na lotnisko. (…) Po aktora, który kiedyś grał Piłsudskiego przyjechano o 4:00 rano. Nie wiadomo, kto jednak przyjechał. Nie wiadomo, kto wiózł wicepremiera Gosiewskiego albo przedstawicieli grupy katyńskiej. Okazuje się, że niemożliwe jest dowiedzenie się nie tylko kto ich przywiózł, ale także dotarcie do tych rodzin. Wiem, bo sami to próbowaliśmy zrobić.

Fizyk przyznał, że analizował, dlaczego nie ma nagrań z obydwu lotnisk. Jak dodał, doszedł do wniosku, że było to celowe i skoordynowane działanie ludzi ze strony polskiej, jak i rosyjskiej:

Analizowałem też, jak to jest możliwe, że na lotnisku wojskowym „Okęcie” było co najmniej 5 monitoringów, na lotnisku w Smoleńsku 4 lub 6 i żaden z nich nie działał. Można sobie łatwo policzyć, jak niewielkie jest prawdopodobieństwo, że wszystkie 8 czy 10 monitoringów się naraz zepsuje. (...) Ludzie, którzy usuwali zapisy ze strony warszawskiej musieli być we współpracy z ludźmi, którzy zbrodniczo usuwali nagrania po stronie rosyjskiej. Z tego rozważania widać, że ci, którzy tą zbrodnię zaplanowali działali tak samo swobodnie w Warszawie, Moskwie i później w Smoleńsku.

Podczas rozmowy prof. Dakowski stwierdził, że jego zdaniem, silniki udokumentowane na zdjęciach zostały celowo podrzucone na miejsce katastrofy:

Otóż silnik takiego samolotu waży około 800 kg. Gdy pracuje na pełnych obrotach ma temperaturę około 800-900 stopni. Są zdjęcia dwóch silników.  Jeden z nich leży na błocie. Otóż jeżeli silnik, który przed chwilą pracował wpadnie w błoto, temperatura musi spowodować natychmiastowe wyparowanie tego błota. Inny silnik, który został umieszczony na suchych gałązkach. Suche gałązki i trawa, jest to pewne, musiałaby się zapalić. W obu wypadkach widać, że temperatura silnika była niska. Analiza fotograficzna wykazała, że silniki miały temperaturę rzędu 5 czy 10 stopni, a nie 700 stopni. To świadczy, że nie było wybuchu. Z całą pewnością te silniki zostały tam przy pomocy podwiesiń, które są na paru zdjęciach widoczne, umieszczone przez helikoptery.

Jak dodał, w jego mniemaniu polska delegacja nie zginęła w wyniku katastrofy lotniczej:

Dowodów na to, że to wszystko zostało sfingowane jest wiele. Dowodów na to, że ci ludzie zostali gdzieś wymordowani, gdzie indziej, nie wiadomo gdzie, jest równie dużo.

Warto przeczytać: Skandaliczny atak na Polskę na konferencji we Francji! Do sieci trafiło szokujące nagranie [wideo]

Podziel się